wtorek, 30 lipca 2013

Overrated Movies

Na poniższej liście starałem się uniknąć takich oczywistości wielkiego przereklamowania, jak „Chłopiec w pasiastej pidżamie”, „Mój przyjaciel Hachiko”, które zyskały uznanie głównie w oczach polskich widzów (patrz ranking Filmwebu).
Starałem się ułożyć ranking pod względem różnicy filmu między jakością a uznaniem.

„Wyróżnienia”
Chicago (2002)
The King' Speech (2010)
Kramer vs. Kramer (1979)
Argo (2012)
Driving Miss Daisy (1989)
West Side Story (1961)
The Devil's Advocate (1997)
Seksmisja (1983)
Dzień świra (2002)
Miś (1980)

                                                10. The Shawshank Redemption

1 miejsca na imdb, Filmweb, Moviemeter

Lubię ten film, ale pierwsze miejsca na Filmwebie, imdb i Moviemeter to stanowczo za wysoka lokata.
Ocena 7/10

                                                         9. The Avengers (2012)

Ponad 1,5 mld$ w box office, uznawanie za jeden z najlepszych (czasem najlepszy) film na podstawie komiksu. Top 250 w rankingu imdb.

Nie kapuję zachwytu nad tą produkcją. Przecież pierwsza połowa to ciągłe kłótnie bohaterów spowodowane niechęcią pracy zespołowej. Wszystko po to, aby gdy przyjdzie zagrożenie i tak stanąć ramię w ramię w bitwie. Bezcelowe. Ponadto Hulk, którego Banner nie może kontrolować, nagle bez większego wytłumaczenia zaczyna być przyjazny. Czemu? Nie wiem. No i na dodatek Looki, jako główny antagonista. Miałem nadzieję, że czarnym charakterem będzie ktoś tak potężny, jak Thanos, a nie zwyczajne popychadło popychadła Thanosa. Sam Thor bez większych problemów potrafi pokonać Lookiego, więc dla kilku superbohaterów, to nieco małe zagrożenie.
Ocena 4/10

                                                               8. Leon(1994)

Top 30 rankingu Filmwebu, Top 40 rankingów imdb i Moviemeter.

Przyznam się, że lubię ten obraz. Jest dobry, jednak niezwykle wysokie pozycje w rankingach społecznościowych są przesadzone. Historia raczej ckliwa, gdzie wciska się elementy kina familijnego. Ogląda się przyjemnie, a wzruszające wstawki nie rażą po oczach, jednak wystarczy obejrzeć „Samuraja” Melville'a, aby zobaczyć ciekawszą i lepiej zrealizowaną historię z płatnym zabójcą w tle. Niestety w tym przypadku wygrała umiejętność „grania” widzowi na uczuciach.
Ocena 6/10

                                                            7. The Artist (2011)

Oscar, Złoty Glob, BAFTA za najlepszy film roku.

Hołd złożony niememu kinu. Historia filmie na nikim by zapewne nie zrobiła wrażenia, gdyby nie zrobienie z „Artysty” prawdziwego niemego filmu. A więc uznanie zdobył za regres. Brawo.
Obraz ogólnie jest niezły, lecz bez przesady, przecież to popadanie w marazm.
Ocena 5/10

                                                      6. The Hurt Locker (2008)

Oscar i BAFTA za najlepszy film roku, wielkie uznanie wśród krytyków.

Co takiego prezentuje ten film, czego byśmy nie zobaczyli już w wielu innych obrazach wojennych? Nic. Nagrody i uznanie raczej spowodowane tematyką na topie, niż faktycznie świetnym kinem.
Ocena 5/10


                                                             5. Titanic (1997)

Oscar i Złoty Glob dla najlepszego filmu roku. Top 100 w rankingu AFI, Top 250 rankingu Digitaldreamdoor.

Czym ten obraz różni się od typowego romansu dla młodzieży? Jedynie umiejscowieniem akcji na tonącym statku. Fabuła jest schematyczna i szablonowa. Postacie bezbarwne, ewentualnie, jak w przypadku Caledona, przerysowana lub kreskówkowa (typowy czarny charakter z kreskówki). Oprócz efektów wizualnych i tym podobnych pobocznych kategorii, nie ma się absolutnie niczym pochwalić. Typowy młodzieżowy romans i nic więcej.
Ocena 4/10

                                                            4. Gran Torino (2008)

Top 40 Filmwebu, Top 250 imdb, Top 100 Moviemeter

Obraz o rasiście, który gdy elementy jego nienawiści mają kłopoty, pomaga im. Fabuła nadaje się jedynie do wyrzucenia na śmietnik, tylko humor ratuje produkcje.
Ocena 4/10

                                                             3. Avatar (2009)

Złoty Glob dla najlepszego dramatu, nominacje do Socara i BAFTA dla najlepszego filmu roku, Top 250 rankingu imdb i Moviemeter.

"Avatar" to połączenie „Pocachontas” z „Tańczącym z Wilkami. Oryginalność w fabule jest praktycznie niewidoczna. Cameron poszedł na największą łatwiznę rozwiązując niektóre problemy. Nawet Disney nie miał aż tak naiwnych bajek, jak ta. Aż śmiać się chce, gdy się widzi kosmicznych tubylców przepędzających amerykańskie wojska z ich planety.
Ocena 3/10

                                                         2. Intouchables (2011)

3 miejsce w rankingu Filmwebu, Top 100 w rankingu imdb, Nomnacje do Złotego Globu i BAFTA za najlepszy film nieanglojęzyczny.

Ckliwa, banalna, familijna historyjka o przyjaźni czarnego obywatela z marginesu społecznego z bogatym inwalidą. Oparta na faktach opowieść ukazana w słodki, rodem z bajek Disneya, sposób idealna dla osób lubiących proste, wzruszające historyjki. Przed marnością uratowana dzięki humorowi.
Ocena 4/10

                                                       1. The Green Mile (1999)

4 miejsce w rankingu Filmkwebu, Top 100 w rankingu imdb, 3 miejsce w rankingu Moviemeter, nominacja do Oscara za film roku.

Film o wszech dobrym człowieku, który dzięki swoim zdolnością potrafi uzdrawiać. Wielka moc, to wielka odpowiedzialność, jak to mawiał wujek Ben do Petera Parkera. Przydałoby się to wykorzystać. Niestety świat jest tak zły i tyle w nim cierpienia, że zamiast pomocy ludziom, lepiej jest pozwolić się zabić. Na dodatek główny bohater obrazu miał wielkie szczęście, bowiem nie trafił na żadnego człowieka, który jednak pomyślałby, że ktoś taki to prawdziwy skarb dla ludzi. Ewentualnie na człowieka, który pomyślałby, że taki ktoś to możliwość wzbogacenia się.
Zielona mila to fałszywy typowy amerykański wyciskacz łez trwający o przynajmniej 90 minut za długo. Nigdy nie zrozumiem uznania dla tej produkcji wśród widzów. Najbardziej przereklamowany film, jaki widziałem.
Więcej o filmie tutaj: http://fmizone.blogspot.com/2013/03/przereklamowane-filmy-zielona-mila.html
Ocena 3/10









poniedziałek, 29 lipca 2013

"21 and Over"

Ostatnio modne stało się kręcenie filmów z imprezami w tle. Nie wiem,czemu, bo zazwyczaj są to nudne, jak flaki z olejem filmidła starające się pokazać, jak najwięcej idiotyzmów. W ubiegłym roku powstało „Spring Breakers” które może gdyby nie pisany na kolanie scenariusz, byłoby dobrym obrazem oraz beznadziejny „Projekt X”. W tym roku mamy nowy obraz Jona Lucasa i Scotta Moore'a, czyli panów odpowiedzialnych za pierwszą odsłonę „Kac Vegas”, ostatni dobry imprezowy film.

„Nieletni pełnoletni” opowiada o dwóch kumplach, Millerze i Casey'u ,którzy spotykają się, aby zabrać starego przyjaciela, Jeffa, na imprezę z okazji jego 21 urodzin. Przyjeżdżają taksówką do jego domu, lecz nieoczekiwanie się złożyło, iż Jeff nie może się udać w pijacką podróż, gdyż następnego dnia o 7, ma ważną rozmowę na studia medyczne. Jednak po namowach kumpli, solenizant postanawia wstąpić na jedno piwo do jakiegoś baru. Oczywiście na jednym browarze się nie kończy i w taki sposób zaczyna się zabawa, bowiem Jeff upija się do nieprzytomności, a dobrzy koledzy będą starać się go odstawić do domu. Problem w tym, że nie wiedzą gdzie on mieszka!!!

Niestety, fundamentem obrazu jest, albo idiotyzm twórców, albo staranie się zrobić idioty z widza. Jak Miller i Casey mogą nie wiedzieć, gdzie mieszka ich kumpel, skoro kilka godzin wcześniej byli u niego? Przyjechali taksówką, w takim razie musieli podać taksówkarzowi adres, pod który chcą jechać! Niebyli na tyle pijani, żeby o tym nie pamiętać. W zasadzie byli trzeźwi!
Same imprezy, jakie fundują nam twórcy „Kac Vegas” wyglądają bardziej, jak sceny ze statystami mającymi zrobić zamieszanie. Nie da się poczuć w tym filmie zabawy, lejącego się alkoholu, pijaństwa. Humoru też niestety nie ma, chociaż reżyserzy starają się nam wciskać, coś co miało chyba śmieszyć. Z mizernym skutkiem.
Jest tutaj także scena, gdzie zapomniano, że komórki służą do kontaktowania się z innymi osobami. Tak więc, dziewczyna wysyłająca trójkę przyjaciół do swojego chłopaka mogącego posiadać adres Jeffa, naprawdę mogła przecież do niego zadzwonić! Dlaczego pomyśleli, że prościej będzie przemierzyć pół miasta, by się o to zapytać? To po prostu głupie.

„Nieletni pełnoletni” zostali zrobieni na najbardziej schematycznych schematach filmów dla młodzieży. Mamy tutaj wątek przyjaźni, która w pewnym momencie zostanie oczywiście zachwiana, przez zwalanie winy jednego kumpla na drugiego, za cała sytuację. Jest także bohater robiący wszystko ku zadowoleniu swojego ojca, co go wcale nie cieszy. Jest także część poświęcona miłości jednego z przyjaciół do wspomnianej wyżej dziewczyny, która ma chłopaka- idiotę. Ciekawe, jak się to wszystko skończy ?

Prawdziwa męczarnia dla oka. Najlepiej omijać szerokim łukiem.

Ocena 1/10

piątek, 26 lipca 2013

The Best Metal Albums of All Time

Uwzględniałem wszystkie metalowe brzmienia, oprócz Hard Rocka oraz Metalu z elementami Drone'u, gdzie więcej czuć Drone'u niż Metalu (np. Boris, The Angelic Process)

Wyróżnienia

Iron Maiden- Iron Maiden
Master of Reality- Black Sabbath
Ride the Lighting- Metallica
Come My Fanatics...- Electric Wizard
Witchcult Today- Electric Wizard
Petitioning the Empty Sky- Converge
You Fail Me- Converge
Rust in Peace- Megadeath
Reign in Blood- Slayer
Painkiller- Judas Priest
Panopticon- Isis
Communion- Septicflesh
Dimension Hatroos- Voivod
Leviathan- Mastodon
A Sun That Never Sets- Neurosis

                                                      15. Snailking- Ufomammut

                                                      14. Monotheist- Celtic Frost

                                               13. L'ordure à L'état pur- Peste Noire

                                                      12. Souls at Zero- Neurosis

                                                  11. We Are the Romans- Botch

                                                       10. Axe to Fall- Converge

                                   9. Rage Against the Machine- Rage Against the Machine

                                                    8. City- Strapping Young Land

                                             7. The Number of the Best- Iron Maiden

                                                      6. Paranoid- Black Sabbath

                                                   5. Master of Puppets- Metallica

                                                         4. Idolum- Ufomammut

                                                   3. Dopethrone- Electric Wizard

                                               2. Through Silver in Blood- Neurosis

                                                         1. Jane Doe- Converge

piątek, 19 lipca 2013

"The Wicked"

„The Wicked” to opowieść o miasteczku, w którym krąży legenda o czarownicy pożerającej mięso z dzieci, aby odmłodnieć. Do przywołania jej wystarczy wybić szybę w oknie jej domu. Wtedy możemy być pewni, że nas skonsumuje. Oczywiście legenda okazuje się prawdziwa, a reżyser Peter Winther, pokazuje nam wiedźmę już na samym początku.

Horror ten mógłby być doskonałym przykładem, jak nie należy kręcić kina grozy. Pominę już fakt, że wygląda on, jakby kręcili go licealiści starający się zabić nudę. Sprawia to niestety, iż film pozbawiony jest napięcia, grozy, klimatu itd.
Pierwszym błędem jest zbyt szybkie ukazanie wiedźmy. Często jest tak, że to czego nie widzimy najbardziej nas przeraża. Poza tym, jeśli już pokazujemy kreaturę, wypadałoby się postarać o jej wygląd. Powinien przerażać. Tutaj czarownica została ubrana w strój Jawów (takie ludziki ze „Star Wars”), a jej zachowanie i wygląd jest bardziej komiczny niż straszny. Z jednej strony potrafi się teleportować i zamykać drzwi swoją mocą. Z drugiej jednak, nie trudno ją zmylić, pobić, czy dźgnąć nożem.
Drugim błędem są wątki poboczne. Twórcy powinni się skupić na meritum sprawy, a nie wpychać na siłę romans nastolatków- outsiderów wyglądający, jak tanie kino familijne. W pewnym momencie zastanawiałem się, czy oglądam horror, czy niedorobioną wersję „Mostu do Terabithii”.Pseudo intelektualne rozmowy na temat życia po śmierci, też odpadają.
Jak wiadomo, biali uwielbiają się rozdzielać. Występuje to praktycznie w każdym horrorze. Jest to schematyczne i głupie. Tutaj również owy schemat występuję i jest podany w tak głupi sposób, że aż się chce wyskoczyć przez okno. Jakim cudem czwórce bohaterów będących w jednym miejscu, po ukazaniu się wiedźmy udało się pobiec w różne strony, tak daleko, że nie mogli się znaleźć? Ciężko jest wytrzymać na takich scenach nie bijąc się po głowie.
Kolejny minus, „The Wicked” jest tak zrealizowany, by śmierć mogli ponieść tylko ci, którzy zasłużyli. Robi się przez to z tego, taki familijny horror.
Chcąc przestraszyć widza, nie powinno się również pokazywać wiedźmy, robiącej wywar na młodość, bo to pasuje bardziej do Latryny z „Robin Hooda facetów w rajtuzach”. A już na pewno nie powinno się pokazywać, jak czarownica ten wywar spożywa w misce przy użyciu łyżki.
Sama końcówka pasuje bardziej do jakiegoś marnego fantasy niż do horroru, no ale w tym obrazie całość przypomina bardziej marne familijne fantasy niż kino grozy.

W „The Wicked” ani jedna rzecz nie była dobra, nawet najmniejsza. Nie było nawet pół momentu mogącego sprawić, że obraz nas przerazi, wciągnie, da nadzieję na coś solidnego. Wszystko, począwszy od scenariusza, przez reżyserię, muzykę, aż do aktorów jest tutaj na najniższym poziomie. Chociaż aktorzy przy reszcie elementów wypadają dosyć poprawnie, jednak to nie ich zasługa, tylko wina reszty ekipy. 

Ocena: 1/10

czwartek, 18 lipca 2013

"The Last Exorcism 2"

Twórcy „Ostatniego egzorcyzmu 2” powinni przemyśleć tytuł filmu. Wygląda na to, że pod pojęciem „Ostatni” widzą zupełnie nowe znaczenie. Taki tytuł bardziej pasuje do parodii niż do poważnego (w zamiarach) horroru. No, ale zrobili kontynuacje, nazwali obraz, tak jak nazwali, bo oryginał zarobił na świecie niezłe 67 mln$ (przy budżecie 1,8 mln$), a jak się nie ma pomysłu, to najlepsze pieniądze robi się na znanej marce.

Obraz zaczyna się od montażu scen z oryginału (chyba ostatnio jest to w modzie). Towarzyszy temu całkiem niezła muzyka. Całość wygląda, jak trailer, ale przy tym, bardzo udany trailer. Swój klimat ma i to przyjemny. Można mieć nadzieję, że jeśli cały film będzie w takim klimacie, to wyjdzie z tego coś naprawdę przyzwoitego. Niestety nie wyszło.
Po trailerze skupiamy się na opętanej w pierwszej części Nell Sweetzer próbującej zapomnieć o przeszłości. Dziewczyna trafia do żeńskiego internatu, gdzie zaczyna wieść normalne życie. Pech chce, że demon, który ją opętał nie pozwala o sobie zapomnieć i nadal jej pragnie.

Przez większość obrazu nie wiele się dzieje. Zamiast czuć grozę, czujemy dziwaczny melancholijny nastrój doprowadzający do odruchów wymiotnych. Zamiast opętanej dziewczynki mamy nieudolny wątek miłosny bohaterki z pewnym chłopakiem. Ich randka, jaką mamy nieprzyjemność zobaczyć, to coś przy czym love story ze „Zmierzchu” wypada niezwykle przyzwoicie. Nie dość, ze prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiają, to gdy już zaczną brzmią, jakby byli na pogrzebie. Najbardziej przerażająca rzecz z filmu.
A elementy mające na celu nas przestraszyć? Jest tata Nell, lecz nie wiadomo, czy jest prawdziwy, czy też to wyobrażenie dziewczyny. Pojawia się i znika niczym duch, ale jest też scena, gdzie wygląda na realną osobę. Jest też dzwoniący telefon no i sam demon zakochany w bohaterce. Jakkolwiek by to głupią brzmiało, demon kocha Nell i jednego czego potrzebuje, to aby dziewczyna pozwoliła mu się opętać, inaczej tego nie zrobi. Skoro są już historie miłosne wampirów i ludzi, wilkołaków i ludzi, to czemu nie zrobić czegoś takiego z demonem? Podczas oglądania można się zastanawiać, czy jest to horror, czy jakaś parodia, bo takie pomysły bardziej pasują do tego drugiego. I właśnie te trzy wymienione elementy (ojciec, telefon, zakochany demon) mają nas przerazić. Powodzenia.

„Ostatni egzorcyzm 2” to nudny, nieklimatyczny, bardziej śmieszny niż straszny, horror z niezłym trailerem pierwszej odsłony na początku. Półtoragodzinna (tak jest na papierze, odczuwalny czas jest znacznie dłuższy) strata czasu.

Ocena 1/10

środa, 17 lipca 2013

"Texas Chainsaw 3D"

W horrorach o mordercach, typu Jason Voorhees czy Michael Myers mamy jeden podstawowy schemat. Grupka młodych ludzi napotyka na owego antagonistę, a ten ich po kolei morduje. Twórcy „Piły mechanicznej” odeszli od tego schematu i zafundowali nam grupkę młodych ludzi napotykających na mordercę, znanego pana z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, zakładającego na twarz maskę z ludzkiej twarzy, czyli Lutherface'a. Brzmi oryginalnie, prawda? Okey skończę już z sarkazmami i przejdę do rzeczy.

Film zaczyna się od zlepku scen z oryginalnego filmu Tobego Hooper z 1974 roku i niestety muszę przyznać, że jest to najlepszy moment show. Później okazuje się, że cała rodzina Sawyerów została żywcem spalona w swoim domu przez miejscową ludność. No dobra, prawie cała. Przeskakujemy do czasów bardziej współczesnych, gdzie niejaka Heather Miller dowiaduje się, że zmarła babcia, o której nigdy nie słyszała, zostawiła jej w spadku stary dwór. Wyrusza więc ze swoim chłopakiem oraz dwójką przyjaciół, aby przejąć spadek. Reszty filmu chyba nie muszę już streszczać. Aha, bo bym zapomniał, w mieszkaniu babuni nadal żyje Lutherface.

Bohaterowie obrazu niestety nie grzeszą inteligencją, jednak to chyba normalne u amerykańskiej młodzieży w horrorach. Jak można zostawić w mieszkaniu pełnym wartościowych przedmiotów nieznajomą osobę, a samemu pojechać na zakupy? Czy naprawdę ani głównej bohaterce, ani jej przyjaciołom nie przyszło do głowy, że dopiero co poznany autostopowicz nie koniecznie musi być uczciwym gościem?
Okey jedźmy dalej. Jeśli widzimy metalowe drzwi bez klamek, obok nich resztki jedzenia na talerzu, a wszystko znajdujące się w ukrytym miejscu, na dodatek jesteśmy sami, czy aby na pewno próbowalibyśmy za wszelką cenę otworzyć te drzwi? Niestety, ale taka głupota to fundament fabuły. Reszta filmu to bieganie i ciachanie ludzi w mało wciągający sposób, aż do samej końcówki, gdzie twórcy sprawili, że Lutherface to dosyć pozytywna postać. Tak oto, jeśli po seansie mielibyście ochotę walić głową ścianę, to nic dziwnego.

Jedyną pozytywną rzeczą po obejrzeniu tej produkcji to grająca główną bohaterkę, Alexandra Daddario. Dlaczego? Ponieważ dzięki swojemu wyglądowi, byłaby całkiem dobrą kandydatką do roli Wonder Woman. Wiem, że to nie ma nic wspólnego z obrazem, lecz to twórcy sobie zapracowali na takie rozmyślenia podczas seansu.

„Piła mechaniczna” to chyba jakiś żart rzucony w stronę jednego z najlepszych horrorów wszech czasów, „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Oczywiście wersji z 1974 roku, nie infantylnego remaku z 2003.
Gigantyczna strata czasu.

Ocena 1/10

sobota, 13 lipca 2013

"Pacific Rim"



Zobaczyć walki gigantycznych potworów z gigantycznymi robotami, który chłopak nie chciał tego w dzieciństwie? Ba, który dorosły chłopak nie chciałby tego? W końcu się udało i jeden z największych wizjonerów kina, Guillermo Del Toro przeniósł nam to na duży ekran.

W „Pacific Rim” obca forma życia nie przybyła na ziemię z kosmosu, lecz z portalu łączącego dwa wymiary ukrytego głęboko w oceanie. Ponad stu metrowe stwory zaczęły niszczyć miasta na całym świecie. Ludzie, aby mieć z nimi jakieś szanse stworzyli podobnej wielkości roboty, sterowane przez dwóch homo sapiens.

To, co mnie zdziwiło na samym początku, to brak pokazania nam spokojnego zwyczajnego życia ludzi i nagłego wyskoczenia potwora i niszczenia miasta. Krótko jedynie o tym wspomina przenosząc nas od razu w niedaleką przyszłość, gdzie walki robotów z potworami stały się normą, a ludzie prowadzący maszyny są czczeni niczym gwiazdy rocka. Tak, więc od razu jesteśmy w zniszczonym świecie, a Del Toro pokazuje nam, jak wygląda życie w nim.
Co najważniejsze twórca „Labiryntu Fauna” skupia się też na zarysie psychologicznym głównych bohaterów. Nie są oni jedynie dodatkiem do zabawy, a raczej ich podstawowym elementem. To oni walczą, zwyciężają, giną. Roboty są bardziej jak narzędzia do wojny, niczym samoloty, czy czołgi. W gruncie rzeczy to my ludzie walczymy z przybyszami.
No, ale oczywiście najważniejsza w tym filmie jest rozrywka, a ta stoi na najwyższym poziomie. Roboty i potwory są przedstawione z najmniejszymi detalami, a sama charakteryzacja stworów to uczta dla oka. Zresztą Del Toro jest prawdziwym mistrzem w tej dziedzinie. Efekty specjalne robią wielkie wrażenie, a pojedynki gigantów mają prawdziwy Power. Kiedy jedna maszyna szła po ulicach Hong Kongu ze statkiem w ręku, aby natłuc wroga, poczułem się nie, jak chłopiec, ale jak prawdziwy facet. Przyjmując założenie (chociaż sam tak nie dzielę), że film został zrobiony z myślą a mężczyznach bądź kobietach, to jest prawdziwie męskie widowisko.
Ponadto CGI i charakteryzacja to nie jedyne plusy obrazu. Reżyser nie zapomniał też o klimacie swojej produkcji. Szare, zniszczone miasta doskonale dopieszczają efekty wizualne, odróżniając w ten sposób „Pacific Rim” od chociażby „Transformersów”, czy „Avengersów”, gdzie najważniejsze było właśnie CGI. Del Toro zrobił to po swojemu, przeniósł na ekran swoją, ciekawszą wizje rozwałki. I wyszło mu to bardzo dobrze.
Niestety w samej końcówce chyba zabrakło mu pomysłów i popełnił trochę logicznych błędów. Jednak wspomnę o nich zaraz po skończeniu recenzji, aby nie spolerować w jej trakcie.

„Pacific Rim” będzie z pewnością jednym z najlepszych blockbusterów tego roku. Del Toro udowodnił, że jest prawdziwym wizjonerem, tworząc kolejny dobry film. Z tym, że mam do niego jedno „ale”. Potrafi on bowiem zrobić naprawdę wybitne dzieło, czego dowodem jest „Labirynt fauna”. Sęk w tym, ze oprócz tej produkcji robi same obraz co najwyżej dobre i tak jest i w tym przypadku. Z „Pacific Rim” nie dało się pewnie dużo więcej wycisnąć (może poza lepszą końcówką), mimo to można czuć niedosyt w poczynaniach tego twórcy. Chciałbym zobaczyć od niego dzieło tak wielkie, jak „Labirynt Faun”, który jest jedną z najlepszych produkcji, jakie w życiu widziałem. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze coś takiego zrobi. Póki co „Pacific Rim” jest na pewno obrazem udanym i wartym zobaczenia, dla czystej zabawy.

UWAGA SPOJLER

Wracając do błędu w końcówce, to chodzi mi o samo przejście przez portal, skąd przychodzą potwory. Każdy ze stworów ma swój własny kod, dzięki któremu może przejść do naszego świat. Roboty, ani ludzie tego kodu nie mieli, więc musieliśmy chwycić się potwora, portal przeczytał jego kod i tak wbiliśmy się do ich świata. Z tym, że już jak bohaterowie wracali na ziemię, nie mieli tego kodu, nie trzymali się żadnego stwora. Dlaczego więc udało im się wydostać? Można by założyć, że kod jest potrzebny tylko w jedną stronę, wejścia, lecz potwory jedyne, co robiły to, wychodziły od siebie do nas, nigdy nie wracały. W takim razie w drodze od siebie na ziemię ten kod był potrzebny. W tym wypadku pozostaje pytanie, dlaczego udało im się wydostać?
Pomijam już przetrwanie wybuchu bomby nuklearnej przez jednego z robotów. Nie wiem z czego były zbudowane. Może z jakiegoś nowego super metalu, pokroju adamantium (niezniszczalny metal z uniwersum Marvela).

Ocena 6/10

środa, 10 lipca 2013

"The Fast and The Furious 6"

Przyznam się, że najbardziej z serii „Szybkich i wściekłych” lubię dwie pierwsze części, gdzie głównym atutem były tuningowane samochody. Trzecia część była zbyt podobno do „Karate kid”, a w kolejnych zaczęli robić z serii kiczowate kino akcji. Najnowsza odsłona niestety trzyma się stylu 4 i 5 części.

Po wydarzeniach z „Fast Five” główni bohaterowie wiodą spokojne życie. Szybko jednak w domu Dominica Toretto (Vin Diesel) pojawia się agent Hobbs (Dwayne Johnson) i prosi go o pomoc w schwytaniu pewnej grupy przestępczej dowodzonej przez niejakiego Shawa (Luke Evans). Hobbs na zachętę pokazuje Domincowi zdjęcia jego dawnej ukochanej Letty (Michelle Rodriguez), która niby zginęła w 4 części. Toretto bez zastanowienia zbiera całą swoją ekipę i wyruszają w pościg za bandziorami (na całe szczęście jego nowa ukochana jest bardzo wyrozumiała i abyśmy nie stracili sympatii do Doma nawet go zachęca do odnalezienia starej miłości).
Dla osób lubiących wyłapywać dziury w fabule, ten film będzie prawdziwą kopalnią skarbów. Dziwnych sytuacji jest tutaj prawdziwy ogrom. Jak będziecie się zastanawiać, dlaczego policjant szuka pomocy u poszukiwanych kryminalistów, odpowiedzi nie będziecie musieli szukać daleko. Już na przesłuchaniu jednego ze współpracowników Shawa, widać, ze Hobbs to idiota. Jeśli cała reszta policji jest podobno do niego, to nic dziwnego, że szuka pomocy u ziomali Toretta.
Inne pytania mogące pojawić się podczas seansu to np. dlaczego kryminalistka po wyścigu spotyka się bez problemów z kolesiem pracującym dla policji? Nie pomyślała nawet, iż może to być zasadzka? Dlaczego Shaw sam wyjawił swoją wtyczkę w policji? Nie lepiej byłoby dalej mieć wtykę mogącą informować go o zamiarach gliniarzy? Czemu pas startowy na lotnisku jest tak przerażająco długi? Serio, czy to nie jest lekko przesadzone?
Pytań można zadać o wiele więcej, jednak nie chcę zdradzać zbyt dużo fabuły, więc zakończę na tym.

Aktorstwo w tej serii nigdy nie stało na jakimś wysokim poziomie, ale przynajmniej niektórych bohaterów można było polubić (ja dla przykładu lubię Briana granego przez Paula Walkera). I tak jest również w tej części, za wyjątkiem czarnego charakteru. Nie rozumiem, kto chciał zrobić z Luke' Evansa schwarzcharakter? Facet się kompletnie do tego nie nadaje. Może i stara się ze wszystkich sił, jednak jest bardziej irytujący niż przekonujący. Nie wygląda na kolesia zdolnego do zbrodni, a jego gra aktorska mu w tym nie pomaga. Już lepsze jest oglądanie „zdolności” Dwayne Johnsona.

Sama akcja średnio wciąga, a pod koniec zaczyna być nużąca. Pominę już łamanie praw fizyki. W sumie nie dostaliśmy nic ciekawego, chociaż nie było tak głupiej sceny, jak ciągnięcie sejfu w piątce. Tak naprawdę, to co mi się podobało, to sam wyścig Doma z Letty i kilka tuningowanych samochodów, a to chyba trochę mało.

„Szybcy i wściekli 7” już w przyszłym roku, lecz ja raczej będę wypatrywał ekranizacji „Need for speeda” licząc, że dostanę podziemny świat wyścigów i tuningowych wózków.

Ocena: 2/10

Ranking Serii
1. Szybcy i wściekli 5/10
2. Za szybcy za wściekli 4/10
3. Szybko i wściekle 3/10
4. Szybcy i ściekli: Tokio Drift 2/10
5. Szybcy i wściekli 6 2/10
6. Szybcy i wściekli 5 1/10

wtorek, 9 lipca 2013

Top Movies of 2012

21 Jump Street (Phil Lord, Chris Miller),
Beasts of the Southern Wild (Benh Zeitlin),
Cesare deve morire (Paolo Taviani, Vittorio Taviani),
Cosmopolis (David Cronenberg),
Csak a szél (Benedek Fliegauf),
The Perks of Being a Wallflower (Stephen Chbosky),
Pokłosie (Władysław Pasikowski),
Sinister (Scott Derrickson),
Tabu (Miguel Gomes),
Zero Dark Thirty (Kathryn Bigelow),

                                                  10. Django (Quentin Tarantino)

                                                    9. Holy Motors (Leos Carax)

                                                8. Dans la maison (François Ozon)

                                       7. The Dark Knight Rises (Christopher Nolan)

                                        6. Berberian Sound Studio (Peter Strickland)
                                               
                                           5. The Master (Paul Thomas Anderson)

                                                 4. Dupa Dealuri (Cristian Mungiu)
                                          
                                              
                                                        3. Pi-e-ta (Kim Ki-duk)

2. Amour (Michael Haneke)
 

1. Moonrise Kingdom (Wes Anderson)

wtorek, 2 lipca 2013

"Evil Dead"

 Nowe „Martwe zło” zaczyna się całkiem „sympatyczną” sceną. Opętana przez demona dziewczyna zostaje schwytana przez kilkoro ludzi, przywiązana do pala w mrocznej piwnicy, po czym zostaje spalona przez własnego ojca. Tatuś na dokładkę mówi do córki „kocham cię” po czym wali do niej z shotguna, jak do kaczki. Świetne! Nieco zabawny i dobry początek zapowiadał całkiem udany film, lecz niestety twórcy podążyli nie tą ścieżką którą powinni.

Reżyser Fede Alvarez wziął cały obraz zbyt poważnie i to jest największym minusem nowego „Martwego zła”. Po scenie początkowej przenosimy się do kultowego już domku w lesie, gdzie kilkoro znajomych chce pomóc swojej przyjaciółce z uzależnieniem od narkotyków. Twórcy fundują nam smutny, fatalistyczny klimat. I naprawdę wszystko byłoby całkiem dobrze, gdyby nie zaserwowali lipnego dramatu spotykających się po jakimś czasie siostry i brata. Ona ma problemy z narkotykami, a on obiecuje, że już zawsze będzie przy niej. Tak smętnie jest przez około połowę filmu. Później siostrzyczka zostaje opętana przez demona i zaczyna się to, co tygryski lubią najbardziej, czyli dźganie, odcinanie, strzelanie, piłowanie, mordowanie. Problem w tym, że nawet wtedy reżyser stawia na poważny ton, przez co zabawa jest mniejsza niż powinna. Są tutaj sceny, tak naiwne, że aż prosi się, aby to był komedio- horror. Jednak reżyser dalej nas gnębi wątkiem brat- siostra. Nie tak to sobie wyobrażałem. We współczesnym mainstremie, gdzie horrory same w sobie są śmieszne przez dawkę głupoty, nowe „Evil dead” powinno kontynuować styl zapoczątkowany w drugiej (uważanej za najlepszą) części, czyli łączyć grozę, krwawą masakrę z humorem. Masakra jest, groza próbuje istnieć, lecz humoru brakuje, jak wody podczas suszy.

To, co jest największym atutem (może jedynym?) obrazu Alvareza, to zdjęcia i efekty wizualne. Pod tym względem „Martwe zło” to prawdziwe cudo. Hektolitry krwi leją się po ekranie niczym deszcz spadający z nieba. Czerwone barwy ulubionego trunku wampirów doskonale współgrają z szarymi, mało kolorowymi zdjęciami, a efekty gore to wisienka na tym wizualnym torcie. Kicz jest tutaj widoczny, ale czy mogłoby być inaczej w przypadku tej serii? Podczas oglądania tej uczty, można zapomnieć o bezbarwnych bohaterach, dziurach w scenariuszu oraz bezwartościowych wątkach i delektować się tą krwawą poezją, której apogeum mamy na samiutkim końcu.

Mimo tego powyższego atutu nowe „Evil dead” sprawiło mi wielki zawód. Sama wizualna strona filmu nie zaspokoi raczej potrzeb fanów serii. Nawet, gdy już zaczyna się prawdziwa akcja, reżyser przeplata ją z „poważnymi” wątkami, które zajęły miejsce czarnego humoru. Nie, nie, nie, nie tak miało być. Brawo za atmosferę i techniczną stronę produkcji, cała reszta do kosza! 

Ocena: 3/10