środa, 18 marca 2015

Top 20 Movies of 2014

20. Alleluia ( (Fabrice Du Welz)

19. A Girl Walks Home Alone at Night (Ana Lily Amirpour)

18. It Follows (David Robert Mitchell)

17. Force Majeure (Ruben Östlund)

16. Mr. Turner (Mike Leigh)

15. Maps to the Stars (David Cronenberg)

14. Kraftidioten (Hans Petter Moland)

13. John Wick (David Leitch, Chad Stahelski)

12. Book of Life (Jorge R. Gutierrez)

11. Captain America: The Winter Soldier (Anthony Russo, Joe Russo)



                                                                10. Leviafan
                                                        (Andriej Zwiagincew)

                                                         
                                                                9. Gone Girl
                                                              (David Fincher)

                                                                  8. Phoenix
                                                           (Christian Petzold)


                                                    7. Serbuan Maut 2: Berandal
                                                              (Gareth Evans)


                                                   6. X-Men: Days of Future Past
                                                                (Bryan Singer)


                                                              5. Nightcrawler 
                                                                 (Dan Gilroy)


                                                      4. Grand Budapest Hotel
                                                              (Wes Anderson)


                                                               3. The Guest
                                                            (Adam Wingard)


                                                            2. Inherent Vice
                                                      (Paul Thomas Anderson)


                                                              1. Kis Uykusu
                                                           (Nuri Bilge Ceylan)
                                                                 

poniedziałek, 2 marca 2015

"Fifty Shades of Grey"

Przyznam się, że nie czytałem powieści „50 twarzy Greya”, a jedynie słyszałem o jej beznadziejności.  Pomimo, że film Tayler-Johnson został już nieco skrytykowany, musiałem go obejrzeć, w końcu matoły z Hollywood znacznie bardziej „zjechali” niegdyś niezwykle dobre „Showgirls” Paula Verhoevena, dlatego ich opinie nie robią na mnie wielkiego wrażenia. Miałem więc nadzieję, że i tym razem mogli się mylić. No i pomylili się! Czemu? Ponieważ zbyt lekko większość z nich „zjechała” ten obraz.

Reżyserka miała trudne zadanie, bowiem fabuła „50 twarzy Greya”  jest znikoma. Nieśmiała studentka literatury poznaje młodego, przystojnego miliardera i się w nim zakochuje. Tak wiec mamy tutaj klasyczny romans, niejednokrotnie pojawiający się w filmach, bajkach, czy książkach. Różnicą miała być nietypowa relacja, jaka będzie łączyć dwójkę bohaterów, sadomasochistyczny seks. I bądźmy szczerzy, idąc do kina na ten film, mieliśmy jedynie nadzieję na dobre, pełne erotyzmu i zwierzęcości, ostre, kontrowersyjne sceny seksu. Niestety muszę stwierdzić, że to co otrzymaliśmy z kontrowersją nie miało nic wspólnego. Reżyserka podeszła do tego niezwykle ostrożnie, dorzucając zamiast erotyzmu, romantyzm do scen łóżkowych. Przedmioty do sadomasochistycznego seksu są tam jedynie eksponatami, a reszta scen łóżkowych jest podana w bardzo delikatny i wręcz pruderyjny sposób. Nic dziwnego, że we Francji obraz w kinie można obejrzeć od 13 roku życia.

Nie najlepiej wypadają także główni aktorzy. O ile Dakota Johnson wcielająca się w postać Anastazji próbuje coś jeszcze grać, to Hamie Dornan, jako Grey, już nie. Na scenie brakuje mu pewności siebie, zwierzęcości, jaką powinien mieć ten bohater. Przypomina bardziej grzecznego, niepewnego chłopca, niż kogoś kto bawi się w takie gierki. Niestety między tą dwójką aktorów brakuje zupełnie chemii. Ich sceny łóżkowe są bardziej drewniane i pozbawione emocji niż seks scena między kukiełkami w komedii „Ekipa Ameryka”.

Nie chcę szukać dziury w całym, ale ten film to obraza dla płci pięknej. Przynajmniej ja bym się poczuł urażony,  gdybym był kobietą. Czemu? Anastazja zakochuje się w Greyu już niemal od pierwszego spotkania, a wszystko co ją mogło w nim zauroczyć, to wygląd i jego bogactwo. Nic więcej o nim nie wiedziała. Zupełnie go nie znała, było to jak najbardziej powierzchowne. Później jej uczucie urosło, co nie jest dziwne, gdyż kupował jej prezenty itp. Ich relacje wyglądały, jak relacje dziwki z klientem. Na dodatek na jednym spotkaniu z Greyem mówi, że jest romantyczką. Rozśmieszyło mnie to, ponieważ później odrzuca zaloty wieloletniego przyjaciela. Biedny chłopak nie był tak przystojny i bogaty, jak tytułowy bohater, więc nie miał szans. Mógł jej zaoferować tylko charakter i zaufanie, w końcu znali się dłużej niż, dwa dni. No ale najwyraźniej wygląd i pieniądze są dla naszej bohaterki najważniejsze. Ciekawe w jakim świecie takie coś nazywa się romantyzmem?

Chciałbym napisać, że coś tutaj zagrało, wyszło dobrze, lecz niestety skłamałbym. „50 twarzy Greya” jest okropne niemal pod każdym względem. Muszę jednak przyznać, że dałoby się z tego zrobić film do obejrzenia. Po pierwsze reżyserem musiałby być Paul Verhoeven. Sceny erotyczne (jak i cały film) zyskałyby wtedy z pewnością na jakości. Po drugie musiałaby zostać zmieniona nieco fabuła. Z Greya powinien być na przykład facet, który pomimo osiągnięcia ogromnego sukcesu zawodowego, nie może odnaleźć szczęścia w życiu prywatnym. Wtedy trafia na Anastazje, która na pierwszy rzut oka wydaje się, że może go pokochać, lecz na końcu Grey widzi, że jest z nim dla jego pieniędzy i przystojnego wyglądu. Tylko wtedy mogłoby coś z tego wyjść.


„50 twarzy Greya” pisząc prosto, jest filmem beznadziejnym. Brak fabuły, erotyzmu i chemii w relacjach między bohaterami oraz słabe sceny łóżkowe, powodują, że obraz nie ma się czym pochwalić. Przykro mi to pisać, ale moment, kiedy Catwoman wsiada na motor Batmana i pręży swoje wdzięki w „The Dark Knight Rises” jest bardziej zmysłowy niż każda scena seksu w obrazie Taylor Johnson. Niestety, ale o produkcji erotycznej nie świadczy to zbyt dobrze.

Moja ocena: 1/10

sobota, 21 lutego 2015

"The Dark Knight Rises"

Christophera Nolana na początku septycznie podchodził do kręcenie kolejnej części przygód człowieka nietoperza, bo jakim cudem można przebić „Mrocznego rycerza”? W końcu jednak wziął się za trzecią i ostatnią część opowieści o krucjacie Batmana. Zadanie było arcytrudne. Dorównać dwóm poprzednim częściom i godnie zamknąć całą trylogię. Po kolejnym seansie mogę śmiało stwierdzić, że po części się to udało. Twórca „Incepcji” dokonał rzeczy niezwykłej, tworząc jeden z najlepszych obrazów ostatnich lat. Reżyser stworzył dzieło ambitne, pełne emocji i rozrywki na najwyższym poziomie, czyli zawarł w nim wszystko, czego potrzebuje film. „The Avengers” „Piraci z Karaibów”, „Harry Potter” mogą się pokłonić, bowiem nowy blockbuster o Batmanie to coś więcej niż tylko pusta rozrywka dla mas.

Nolan znakomicie złączył trylogie nie tylko pod względem fabularnym, lecz również psychologicznym. „The Dark Knight Rises” tworzy z całości opowieść o cierpieniu, bólu, smutku, strachu oraz śmierci. Te elementy ludzkiej egzystencji od początku towarzyszą Brucowi Wayne’owi. Najnowsza część zaczyna się 8 lat od wydarzeń z „The Dark Knight”. Batman od tamtej pory się nie ujawniał. Podobnie Bruce żyje w ukryciu. Kiedy po raz pierwszy widzimy Wayne’a, jest on wrakiem człowieka. Wyniszczony psychicznie, pozbawiony woli do życia. Żyje w cierpieniu tęskniąc za Rachel, która była jego nadzieją na lepszy byt, na to, co każdy dobry człowiek powinien otrzymać, na szczęście. Tęsknota za kimś odbiera człowiekowi wole życia. Taka osoba przestaje bać się śmierci, bo ona może być ukojeniem bólu. Otaczający ludzie mogą nas wówczas pocieszać, mówić nam byśmy zapomnieli i zaczęli żyć na nową. Jednak, czy jest to możliwe? Jak odzyskać wolę życia i czy ono może mieć wówczas dla nas jeszcze sens?
Wayne cierpi. To jednak nie przeszkadza na pojawienie się w Gotham nowego zła w postać Bane’a. Batman powstaje by go powstrzymać, jednak mu się to nie udaje. Batman/Bruce zostają „złamani”. Bane niszczy głównego bohatera jeszcze bardziej niż do tej pory. Umieszcza go w miejscu, z którego uciekła tylko jedna osoba. Dziecko z wielką wolą do życia. Dziecko, które teraz niszczy Gotham. Bane nie zabija Bruce’a. Wie bowiem, iż ten nie boi się śmierci, co więcej on jej pragnie. Karą dla Wayne’a ma być patrzenie, jak jego ukochane Gotham zostaje zniszczone. Aby uciec z piekła, w którym znalazł się nasz bohater, będzie potrzebne coś więcej niż tylko zdrowe i silne ciało. Najważniejszy przy działaniu jest duch i wola do zrobienia czegoś. Natomiast największym napędem tej woli ma być strach. Strach przed śmiercią daje nam największy impuls. W przypadku Bruce’a jest to trudne. Musi on zacząć się bać. Śmierć znowu musi być dla niego strachem, inaczej nie wydostanie się z piekła.

Bane to czarny charakter zupełnie inny od Jokera. Przeraża jeszcze bardziej, bowiem wiemy, że w porównaniu z klaunem, jest on wstanie pokonać Batmana w pojedynku na pięści. Potężnie zbudowany i inteligentny mężczyzna z planem i z przeszłością. Przeżył on wielki ból i niewyobrażalnie cierpiał. Teraz nie ma żadnej litości nad nikim. Przejął kontrolę nad Ligą cieni i zaczyna niszczyć Gotham, by oddać miasto w ręce ludu. Wzbudza w widzu prawdziwy strach. Dwa razy podczas seansu bałem się niczym na horrorze. Po raz pierwszy, gdy Gordon spotkał go w kanałach i mogliśmy ujrzeć Bane’a w całej okazałości, wraz z niezwykłym okrucieństwem. Drugi raz natomiast, na pierwszym spotkaniu z Batmanem, gdy stanęli ze sobą do walki. Niezwykła pewność siebie, przerażający wygląd spowodowały, że mogliśmy zobaczyć strach w oczach samego Batmana i poczuliśmy go na własnej skórze. Nolan podjął genialną decyzję wyznaczając Bane’a na przeciwnika człowieka nietoperza w ostatniej części trylogii. Wielkie brawa za stworzenie filmowego charakteru godnego tego komiksowego. Wielkie brawa również dla Toma Hardy’ego za odegranie świetnej roli. Nie będę porównywał Bane’a z obrazu Nolana do Bane z „Batman i Robin”, bo to nie ma sensu. W obrazie Schumachera był tylko bezmózgim wrestlerem.


W produkcji pojawia się również kolejna nowa i niezwykle ważna postać, Selina Kyle/ Catwoman (Anne Hathaway). Postać wpadająca w pamięć.  Selina jest złodziejką z wielkimi umiejętnościami walki wręcz. Jest arogancka, ma cięty język i jest niezwykle seksowna. Porusza się uwodzicielsko z wielką klasę. Nawet walcząc pokazuje niezwykły styl. Jest także enigmatyczna, nie wiemy na początku po czyjej stoi stronie. Famme fatal potrafiąca pobić nie jednego mężczyznę. Przyznam szczerze, że nie byłem zadowolony z obsadzenia Hatheway w tej roli. Czy naprawdę mogła ona dorównać Michelle Pfeiffer z wersji Burtona? Nie wierzyłem w to, zresztą podobnie, jak w przypadku Ledgera w roli Jokera. Na szczęście się myliłem, a Hatheway zagrała chyba swoją najlepszą do tej pory rolę. Potrafi być uwodzicielska i kobieca. Ani przez moment nie wątpiłem, iż oglądam ideał kobiecości.


Reszta obsady, a także nowych postaci, jak John Blake (Gordon- Levitt) oraz  Miranda Tate (Marion Cotillard) również prezentuje się na bardzo wysokim poziomie. Nie będę jednak wdawał się w szczegóły kim są te dwa nowe charaktery, to już trzeba zobaczyć oglądając film. Jednak mogę zapewnić, że was nie rozczarują.
Christian Bale w roli Bruce’a wypadł lepiej niż w poprzednim obrazie, a być może nawet lepiej niż w „Batman Begins”. Wyniszczony psychicznie Wayne to idealna rola dla niego i w pełni ją wykorzystał. Pokazał nam cierpienie i smutek człowieka po przejściach i wypadł naturalnie. Wielki plus dla niego.

Mimo wszystko największe brawa należą się Nolanowi za wyreżyserowanie tego wszystkiego. Podobnie, jak w poprzedniej części od razu zaczyna od mocnego uderzenia, a potem stopniowo podnosi napięcie. Kiedy Batman pokazuje się na ekranie pierwszy raz, można poczuć wielkie podniecenie. Aż chciało się krzyknąć „yeah, wrócił!” i pojawia się ten dreszczyk emocji. Później już tylko czekamy na konfrontacje mściciela z Gotham i Bane’a. „Batman Begins” był filmem akcji, „The Dark Knight” połączeniem akcji i thrillera. „The Dark Knight Rises” to akcja i niemal obraz wojenny. W drugiej części produkcji Gotham przemienia się bowiem w prawdziwe pole bitwy, wybucha niemal wojna między mieszkańcami a policją. Joker wprowadził w mieście chaos. Bane zniszczył je i doprowadził do wojny domowej.
W końcowych wydarzeniach reżyser potrafił poruszyć. To być może najbardziej emocjonalne sceny z całej trylogii. Myślę, że niejednej osobie pojawią się łzy w oczach na owych wydarzeniach. Nolan tylko utwierdził mnie, że mściciel z Gotham, chowający się za strojem nietoperza, to najlepsza postać, jaka kiedykolwiek została stworzona! 


 Wspomniałem o atutach „TDKR” teraz czas na wady, a niestety ten obraz je  posiada.
Po pierwsze, pomimo bardzo dobrej reżyserii z biegiem czasu film traci na klimacie. Przez pierwsze 2/3 filmu ponury klimat doskonale pasuje do człowieka nietoperza. Momenty z Seleną są świetnie kadrowane, czasami miałem odczucie, że oglądam jakiś Noir. Sama końcówka jednak trochę zawodzi. Mówiąc prosto jest zbyt jasno, zbyt pospolicie. Nie rozumiem, dlaczego umieścili akcje w dzień, pozbawiając w ten sposób film mrocznego klimatu.
Po drugie obraz niestety ma dziury w fabule. Dwie najważniejsze to, czemu Gordon wysłał wszystkich policjantów z Gotham do kanałów w celu powstrzymania Bane’a? Rozumiem, że była to niebezpieczna postać, ale bez przesady, aby wysyłać wszystkich w jedno miejsce.
Druga poważna luka, to nie wysadzenie Gotham przez Bane’a od razu po pokonaniu Batmana, tylko trzy miesięczne jeżdżenie po mieście z atomówką. Lekko naciągane.

Trzecia wada, to samo podejście Batmana do swojej krucjaty. Mianowicie chodzi mi o 8 letnią absencję. W przypadku tej postaci było to niemożliwe. Może nie ujmę filmowi za to, bo to wizja Nolana, a wiadomo, że nie da się idealnie odwzorować tej niezwykle złożonej postaci, reżyser wyjął z niej tylko to, co chciał, jednak trochę mnie to razi.

Mimo wszystko Christopher Nolan dokonał rzeczy niebywałej. Stworzył jedną z najlepszych trylogii w historii kina! Wyciągnął z postaci Batmana to, co najlepsze i pokazał to widzowi. Ostatnia część serii jest niczym hołd złożony tej ikonie popkultury. Razem z bratem stworzyli świetny scenariusz, a później zrobił z niego niezwykle emocjonujące dzieło (a może arcydzieło). Na końcu aż łezka się pojawiła mi w oczach, bo to przecież zakończenie przygód człowieka nietoperza w ujęciu tego niezwykłego twórcy. Reżyser pozostawił jeszcze furtkę na kolejną część, ale wątpię, aby znalazł się na tyle odważny reżyser, by podjąć się takiego wyzwania. Może ostatnia część trylogii nie dorównała swojej poprzedniczce, jednak i tak jest dziełem niezwykłym, godnym polecenia.

Moja ocena po powtórce: 8/10

sobota, 18 października 2014

22 Jump Street

Pierwszy Jump street był jedną z lepszych budy komedii jakie widziałem. Spodobało mi się, jak twórcy pokazali w nim prawdziwą męską przyjaźń, pełną niebezpiecznych wygłupów i zabawy. W nowej części schemat jest identyczny, a zabawa równie przednia, co w oryginalne.

Jenko i Schmidt ponownie zostają wysłani na misję, aby odnaleźć pewnego dilera narkotyków. Tym razem jednak będą go szukać na studiach. Tam czeka na nich masa nowych przygód, zabawa pełną parą, romans, no i oczywiście problemy. O ile schemat ogólny, czyli poszukiwanie nowego dilera z tym, że tym razem na studiach a nie w liceum nie przeszkadza, o tyle pewne powtórzenia z oryginału nieco ujmują produkcji. I tak właśnie jest z największym problemem dwójki kumpli i o dziwo nie jest to problem z samym zadaniem, a ze świadectwem przyjaźni między nimi. Jenko bowiem znajduje sobie nowego kumpla i zaczyna olewać Schmidta. Brzmi to, jak odgrzewany kotlet i nie jest jedynym w nowej części, jednak muszę przyznać, że reżyser dodał mu nieco nowych przypraw, tak aby oglądało się to nadal dobrze. W ten sposób 22 Jump street ma sporo schematów, jednak podanych w taki sposób, aby można się nim  jakimś stopniu rozkoszować.

Pomimo tego twórcy nowego Jump street serwują nam sporo nowych zabawnych tekstów i sytuacji. Akcja podkładania kamer w jednym bractwie, propozycja Jenko dla dilerów, aby odłożyli pistolety i walczyli jak mężczyźni, czy też pojedynek Schmidt vs Dickson, są naprawdę bombowe. I wszystko idzie dobrze, do czasu samej końcówki. Tam twórców najwyraźniej poniosło i nieco przesadzili w niektórych momentach. A szkoda, bo z ciekawszą końcówką mogli nawet przebić pierwszą część.
Sporym atutem filmu ponownie jest aktorstwo. I tutaj znowu prym wiedzie Johna Hill. Ten gość rozśmiesza, porusza i udaje meksykanina. Wychodzi mu to naturalnie i naprawdę miło się go ogląda. O miano najlepszego aktora jump street udanie walczy z nim Ice Cube, a Tatum w sumie nie najgorzej uzupełnia całą stawkę. Gwiazda „Step up” nie jest utalentowanym aktorem, ale do roli Jenko pasuje i tworzy razem z Hillem udany duet.

Mimo wszystko najważniejsza w Jump street jest męska przyjaźń. Ta prawdziwa, gdzie można kumplowi wyciąć jakiś numer, śmiać się z niego, ale gdy cie potrzebuje, zawsze być przy nim. Takie coś jest realne chyba tylko między facetami i to po raz kolejny nam podano w dobrym, zabawnym stylu.


Moja ocena 6/10

niedziela, 28 września 2014

A Haunted House 2"

Pierwsza część „A Haunted House” była moim zdaniem, najlepszą parodią ostatnich lat. Oczywiście daleko jej było od kina przynajmniej dobrego, ale na tle innych podobnych produkcji („Poznaj moich spartan”, „Wielkie kino”, „Wampiry to świry”) wypadła wręcz świetnie. I może nie jest to wielkie osiągnięcie, mimo wszystko liczyłem, że druga część utrzyma poziom oryginału. Tak więc spodziewałem się głupot, jednak zabawnych i nie próbujących na siłę wyśmiewać kolejnych produkcji, dodając sceny kompletnie niepotrzebne w filmie. Niestety druga część „A Haunted House” zawodzi na całej linii.

Nie będę skupiał się na opisywaniu fabuły, napiszę tylko, że stara się ona wyśmiać głównie takie  filmy, jak „Sinister”, „Paranormal activity” (nie wiem, którą części, lecz to już raczej nie ma znaczenia) oraz „Obecność”.
Obraz próbuje być zabawny głównie dzięki niezwykle ostentacyjnej grze  Marlona Wayansa. O ile w pierwszej części przynosiło to niekiedy jakieś plusy, w tej już tylko irytuje. Gwiazda „Strasznego filmu” przesadza w robieniu z siebie idioty, przez co jego filmowe show wygląda bardzo prymitywnie. Za dużo niepotrzebnych krzyków, wrzasków, płaczu, a jak to się mówi, co za dużo to nie zdrowo. I w tym przypadku to powiedzenie sprawdza się idealnie.
Główną wadą „A Haunted House 2” są jednak odgrzewane dowcipy, które w ogóle nie śmieszą. Co gorsza, niektóre z nich widzieliśmy w poprzedniej części. Zastanawiam się, czy twórcą naprawdę aż tak bardzo brakowało pomysłów na kolejny nie śmieszny żart, że kopiowali samych siebie? Tylko po co? W efekcie przyniosło to nie tylko kolejną niepotrzebną scenę, a nawet już wielki wstyd dla scenarzystów.
Reszta produkcji składa się z przydługich, bezsensownych, nieprowadzących donikąd dialogów, które w zamierzeniu pewnie miały śmieszyć. Niestety nie tylko one nie czynią tego, a co więcej po prostu denerwują.


Nie wiem, czy da się w tym obrazie znaleźć jakieś pozytywne strony. Jedynie za plus można uznać to, że w porównaniu z produkcjami Jasona Friedberga i Aarona Seltzera („Poznaj moich spartan”, „Totalny kataklizm”, „Wielkie kino”) wypada nieco lepiej. Mimo wszystko nie zmienia to odczucia zniesmaczenia po seansie i chęci wyłączenia filmu po pierwszych 20 minutach.

Ocena 1/10

wtorek, 26 sierpnia 2014

Titanic


„Titanic” to jeden z najbardziej sukcesywnych filmów wszech czasów. Drugie miejsce w światowym box office, 11 Oscarów, w tym za najlepszy film roku i wiele innych nagród, są tego najlepszym dowodem. Jednak, czy naprawdę jest to tak dobry film, zasługujący na te wszystkie wyróżnienia? Niestety nie! I to zdecydowane „nie”! Obraz Camerona jest zbyt banalny, zbyt naiwny i schematyczny, aby uznać go za wybitne dzieło.

Film o dziwo rozpoczyna się w roku 1997, gdzie widzimy ekipę poszukiwaczy, szukających na wraku Titanica pewnego diamentu. Nie udaje im się to, lecz w „nagrodę” kontaktuje się z nimi Rose Dawson, 101 letnia kobieta, uczestniczka tragicznego rejsu „Niezatapialnego statku”. Tak więc wydarzenia z 1912r. to nic innego, jak retrospekcje z opowiadań staruszki. Naprawdę nie wiem, czemu Cameron zdecydował się na taki ruch, skoro niczego to nie dodaje filmowi, a jest raczej zbędnym wypychaczem czasu. No ale mniejsza z tym.
Podczas rejsu Titanikiem Rose była strasznie nieszczęśliwą osobą. Czuła się zamknięta w nudnym świecie ludzi z wyższych sfer. Wiedziała, że w przyszłości nie czeka ją nic poza przyjęciami i rozmowami z bogatymi kobietami, na tematy które ją kompletnie nie interesowały. Na dodatek miała wyjść za mąż za osobę, której nie kochała. Przez poczucie egzystencjalnej pustki postanowiła aż popełnić samobójstwo, skacząc ze statku do wody. Na całe szczęście w pobliżu pojawił się super Jack, uświadamiając jej, że samobójstwo w lodowatej wodzie sprawi jej ból. Zapewne wcześniej myślała, że sprawi jej to przyjemność, bo przestraszyła się tego i postanowiła nadal żyć. I tak o to reszta filmu skupia się na wielkiej miłości dwojga kochanków znających się raptem dwa dni. Najwyraźniej te dwa dni pozwoliły im się całkowicie poznać i zaufać sobie. Dziwi mnie to, ze niektórzy potrzebują do tego nawet kilku lat.

Ja rozumiem, że pokazać publice ckliwy, błahy romans to prosta droga do sukcesu, ale w tym filmie reżyser przesadził i to naprawdę bardzo. W rzeczywistości romans Jacka i Rose to nic, co by mogło świadczyć o wyjątkowości obu postaci. Rozmawiają o przeszłości Jacka, idą na imprezę gdzie tańczą, jedno malowanie portretu, jeden stosunek i uciekanie przed innymi, aby się schować. Nic wielkiego, a jednak widzowie to „kupili”, jak świeże bułeczki. Czemu? Bo są tutaj nieziemsko przerysowane czarne charaktery, a w szczególności jeden, narzeczony Rose, Cal. Jego postać jest „narysowana” tak, że po prostu nie da się w nim zobaczyć nic pozytywnego. Jest nudny, chamski, gburowaty, nie robi w filmie ani jednej rzeczy, by go uznać za dobrą partię dla Rose. Jakby tego było mało, aby jeszcze bardziej ostentacyjnie pokazać, jaki to on jest zły, nie docenia obrazów Picassa, czyli nie zna się na sztuce. Przy kimś takim, romans z Hannibalem Lecterem byłby romantyczny. W rzeczywistości Jack nie ma żadnych wyróżniających się cech, jednak przy Calu, wypada jak romantyczny męski wzór do naśladowania. Jest to doskonały przykład, jak nie należy kreować postaci w romansie, aby wydarzenia z niego można było brać na serio.

Niestety pierwsza połowa filmu jest mało ciekawa. Być może dwie, lub trzy sceny są godne uwagi, na czele z ckliwą, ale sympatycznie wyglądającą sytuacją, gdy Kate na dziobie statku rozkłada ręce i czuje, jakby leciała. Na całe szczęście w drugiej połowie twórcy nie zapomnieli o pobocznym wątku (tak, romans jest tutaj głównym wątkiem), czyli zatopieniem statku. Jest to ciekawsza połowa, lecz mało emocjonująca, bowiem nadal jesteśmy bardziej skupieni na romansie Rose i Jacka oraz pokazywaniu, jakim to złym człowiekiem jest Cal. Statek tonie, mimo wszystko ważniejsza jest walka o przeżycie kochanków w starciu z Calem. Przez takie coś, cierpienie reszty ludzi nie wzbudza żadnych emocji. Na większą uwagę w tej części produkcji zasługują jedynie trzy rzeczy, uderzenie statku w górę lodową, końcowe przełamanie się na dwie części oraz samo zatonięcie, reszta akcji z biegiem czasu zaczyna po prostu nudzić. Wydaje mi się, że można było to poprowadzić znacznie lepiej. Wystarczyło skupić się bardziej na statku niż na złym Calu oraz dobrym Jacku i Rose.

Mimo całego oklepanego i przerysowanego banału, „Titanic” ma się też czym pochwalić. Największym plusem jest bez wątpienia scenografia. Przy tym twórcy odwalili kawał dobrej roboty. Sale bankietowe, pokoje, wszystko świetnie się prezentuje. Bardzo ładne są też stroje bohaterów, szczególnie tych bogatych. Smokingi panów i suknie pań wyglądają wybornie. Całkiem ładna jest także muzyka w filmie. Do wybitnych na pewno nie należy, ale czasami nadaje romantycznego nastroju. A całość dopieszczają solidne efekty specjalne i dźwięk.

„Titanic” jest niestety filmem przeciętnym. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem uznania jakie zyskał wśród niektórych krytyków oraz Akademii Filmowej (chociaż ich większości decyzji nigdy nie zrozumiem). Znam melodramaty przeznaczone dla młodzieży bardziej dojrzałe od obrazu Camerona, a nikt ich nie wychwala. Czyżby na nagrody wpływ miał sukces komercyjny filmu?


Moja ocena: 4/10

środa, 20 sierpnia 2014

Requiem For a Dream

Aronofsky’emu udała się rzecz wręcz niezwykła, bowiem jego „Requiem dla snu” to film, który naprawdę wstrząsa, a o takie coś w obecnych czasach niezwykle trudno. Twórca „Pi” przenosi nas do świata narkotykowego szaleństwa, gdzie marzenia szybko upadają, stając się koszmarem. To co widzimy na ekranie przez niespełna półtora godziny, to najzwyczajniej upadek człowieka na samo dno, a wszystko przez uzależnienie.

Harry, ze swoją dziewczyną Mirion i kumplem Tyronem prowadzą luzackie życie, paląc, sniffując i dając sobie w żyłę przeróżne narkotyki. Bycie naćpanym to dla nich chleb powszedni, a jedyne o co się martwią to, pieniądze na swój ulubiony „posiłek”. W końcu zdają sobie sprawę, że dzięki temu mogą również sporo zarobić, a przy tym dalej świetnie się bawić. Mając więcej hajsu nie musieliby się martwić o dostatek towaru, a i spełnili by niektóre ze swoich marzeń. W końcu kto ich nie ma? Marion lubi projektować ubrania i chciałaby mieć swój własny sklep. Dzięki pomysłowi chłopaka nic nie stoi na przeszkodzie aby to spełnić.
Na początku wszystko idzie zgodnie z planem. Biznes się kręci, używek im nie brakuje, a pieniędzy przybywa. Wszystko diametralnie się zmienia, gdy w mieście wybucha wojna gangów. Podczas jednego spotkania z kumplami z narkotykowej grupy, Tyrone zostaje złapany przez policję, a na jego kaucję Harry wydał większą część zgromadzonej kasy. W mieście zaczyna brakować także samego towaru. Wtedy zaczyna się powolny, lecz drastyczny upadek bohaterów na dno.

Sara Goldfarb, matka Harrego, jest telewizyjną maniaczką. Pewnego dnia dostaje zaproszenie do jednego ze swoich ulubionych programów. Przychodzi do niej formularz zgłoszeniowy, który wypełnia, odsyła a następnie czeka na przysłanie informacji o dacie wizyty. Do programu chce założył swoją piękną czerwoną suknię, niestety ta jest na nią już za mała, bowiem Sara lubi sobie też dobrze pojeść, co nie jest dobre dla sylwetki. Dieta ograniczająca jedzenie jej nie odpowiada, dlatego postanawia pójść do lekarza, od którego dostaje tabletki powodujące zmniejszenie apetytu. Owe tabletki to nic innego jak zwykły speed. Sara szybko się od nich uzależnia, tracąc przy tym nie tylko wagę.


 Aronofsky nie daje w swoim obrazie ani trochę nadziei, że narkotyki mogą przynieść coś dobrego. Wręcz przeciwnie, pokazuje do czego zdolny jest człowiek z uzależnieniem oraz co traci przez taki stan. Bohaterowie upadają na samo dno, tracąc przy tym godność, zdrowie fizyczne i psychiczne a nawet wolność. Reżyser spokojnie, lecz precyzyjnie ukazuje kolejne etapy upadku, a przy tym po prostu wstrząsa. Wprowadza nas w stan uzależnionej osoby, poprzez przyspieszenie czasu, totalny chaos i szybki montaż. Dodatkową siłę temu wszystkiemu dodaje znakomita muzyka Clinta Mansela, co jeszcze bardziej wpływa na odbiór produkcji. Bez wątpienia jest to jedna z najciekawszych ścieżek dźwiękowych nowego tysiąclecia. Nie sposób też zapomnieć o świetnych zdjęciach, nadających surowego klimatu obrazowi. Wszystko razem doskonale się uzupełnia, znakomicie oddziałując na stan emocjonalny widza.


„Requiem dla snu” to zdecydowanie jeden z najlepszych „ćpuńskich” filmów, jakie widziałem i jeden z najbardziej wstrząsających obrazów w historii. Aronofsky wstrząsnął mną, jak mało który twórca dotychczas. Bez wątpienia jest to jego zdecydowanie najlepszy film, a aby się przekonać o jego sile, trzeba go po prostu zobaczyć. Mogę go jedynie polecić. Zostaje w pamięci na długo.

Obejrzany kilka razy
Moja ocena 9/10